Pozytywny akcent dnia dzisiejszego?
Galop na upartej Homoli, która w zasadzie galopowała tylko dlatego, bo robiły to konie przed nią, a nie dlatego, że ja aktualnie tego chciałam. ;)
skomentuj (2)
Wiecie co jest gorsze od wstawania o 5:49, wyjścia z psem (swoją drogą wyglądam wtedy jak zombie, ciężko to przebić czymkolwiek...), połowy dnia na uczelni, zepsutego telefonu, półtoragodzinnego wykładu o wykresach wszelkich możliwych funkcji świata, zgubienia ukochanej czapki, kolejnych kilkudziesięciu minut z logiką i zbiorami, perspektywy przyszłego tygodnia z kochaną matmą, wejścia do domu i świadomości że tyyyyle jeszcze dzisiaj do zrobienia i się nie wyśpicie, nieudanej próby podłączenia rozgałęźnika usb, a co za tym idzie dysku zewnętrznego o pojemności 160 giga przy pustostanie, który był zepsuty przez ponad miesiąc, w naprawie trzy tygodnie i na biurku tydzień, bo nie było gdzie podłączyć, bo czekało się na rozgałęźnik jak debil? Nie wiecie? To ja wam powiem.
Gorsze od tego wszystkiego jest wejście na gadu i dowiedzenie się, że przyjaciel ma problem, a wy nie macie jak mu pomóc.
skomentuj (0)
Oficjalnie dopiero za jakieś 14 godzin, nieoficjalnie po prostu dzisiaj.
Radzę sobie całkiem nieźle, no kto by pomyślał, że w końcu kiedyś uda mi się z tego wygrzebać. Ale jakiś dziwny, głupi, niepotrzebny (?) sentyment do tego dnia pozostał.
Z tego tematu tyle, przejdźmy do dalszej części użalania się nad życiem.
Ja rozumiem, że jest jesień. Naprawdę. Od zawsze ta część roku zarezerwowana jest dla jesieni, nic nowego się nie zdarzyło. Ale niestety nie przypominam sobie, jakobym podpisywała cokolwiek, gdzie zgadzałabym się na takie zimno. No tak, ja wiem, latka lecą, miesiączki płyną, pory roku się zmieniają, lato wieczne nie jest, żyjmy dalej, karpe dijem. Ale jak ja mam kurwa, karpe dijem, jak ja nic karpe nie mogę, bo ręce mi zamarzają?! Ledwo październik się zaczął, a ja przewaliłam pół szafy w poszukiwaniu rękawiczek. Wyobrażacie sobie?! RĘKAWICZEK! Teraz owe rękawiczki i parasol w białe grochy stanowią podstawowe uposażenie mojej torebki, są mi tak niezbędne jak telefon i pełne konto.
I tak na koniec, nie budźcie mnie dzisiaj zapowiadając kuriera, prawiąc morały o studiach i strasząc policją skarbową, ok? No, dzięki.
skomentuj (1)
Spaghetti o tej godzinie to kiepski pomysł, prawda?
Dobra, lepiej nic nie mówcie...
I tak jedyne niebo do jakiego mnie wpuszczą, to to na Piłsudskiego. Chociaż nawet i tego nie jestem pewna, bo nie mam stanika z cekinami i półmetrowych paznokci. Moje miejsce jest w piekle, ot co.
Idę po dokładkę.
skomentuj (0)
Piętnastogodzinna randka z 808s.
I książką do makro.
I wcale, ale to wcale nie tknęłam angielskiego.
No dobra, troszkę tknęłam. TROSZKĘ! Niewystarczająco.
I pewnie tego pożałuję.
Na pewno tego pożałuję, nie ma co.
Ale zacznę się uczyć naprawdę porządnie. Serio.
Udokumentuję to i udowodnię wszystkim, jak porządnie się uczę.
Ale jeszcze nie teraz. ;)
skomentuj (0)
Zachorowałam. Ale to tak na ament. A mamusia mówiła, żebym nie siedziała godzinami na dworze/w samochodzie (w ślepej uliczce w krzakach, przy lesie, gdzie jedyny samochód to ten, w którym nie dzieją się pobożne rzeczy).
Kicham, prycham, smarkam, mam kaszel, boli mię gardło i tracę głos. Hektolitrami wlewam w siebie witaminę ce i tonami łykam rutinoskorbin. Szaleję.
Mam dość makro, wychodzi mi tyłkiem, nosem, uszami i oczami czytanie o mnożnikach, pieniądzach, bankach, wahaniach koniunktury, ale muszę czytać! (jak miałam 7 lat i byłam w podstawówce, mama nie mogąc zmusić mnie do czytania lektur - 'Czarna owieczka', pierdoły o Warsie, Sawie, Wiśle i smoku wawelskim, no błagam... - brała książkę i zmuszała mnie do ich słuchania. Przypomnę jej o tym. Niech mi czyta dwadzieścia minut dziennie codziennie, a może zdam.)
Idę wykasłać wszystkie swoje żale do makro w poduszkę. Ona jedna mnie słucha.
skomentuj (0)